15 grudnia 2025 | Ewelina Marek
Niemal dziesięć dekad po wybuchu złotej ery jazzu łatwo ulec wrażeniu, że gatunek ten został zgłębiony nawet w najbardziej eksperymentalnym wymiarze. Tymczasem na polskiej scenie pojawia się gdańska formacja, która z dziką odwagą redefiniuje pojęcie kreatywności. Panie i Panowie, poznajcie Nene Heroine. Zespół tak hipnotyzujący, że odsłuch staje się świadomym aktem ryzyka.

oprawa graficzna Patryk Hardziej / wydawnictwo Mystic Production
W wywiadzie dla Pantery Vox współzałożyciel grupy i saksofonista Piotr Chęcki, opowiada o duchu najnowszego albumu „4”, o wizualnej sztuce, która uzupełnia doznania słuchowe i algorytmach, które nie rozumieją.
Pantera Vox: Nazwa Nene Heroine ma bardzo sugestywne brzmienie i chyba trochę namieszała w przestrzeni on-line. Jak to się stało, że Wasze konto na Instagramie zostało zablokowane?
Piotr Chęcki: „Nene Heroine” ma swoje korzenie w kulturze albańskiej, gdzie oznacza matkę bohaterkę. To w ogóle piękna, pozytywna figura kulturowa, absolutnie niezwiązana z narkotykami. I paradoksalnie nawet gdyby algorytm miał się czegoś czepiać, to „heroina” po angielsku jest bez „e” na końcu. Trudno więc powiedzieć, co tak naprawdę wywołało blokadę.
I nie kryje się w połączeniu tych słów nawet najmniejsza prowokacja?
PC: Nie ma żadnej prowokacji. Nazwa została nam w pewnym sensie podarowana. Nadał ją Marek Schwartz, u którego nagrywaliśmy pierwszy album. Tam właściwie Nene się uformowało. Pracowaliśmy wtedy nad materiałem, kompletnie go przewracając do góry nogami: numery, które wcześniej były mocno jazzowe, poszły w bardziej psychodeliczną stronę, zwolniliśmy tempo, przeoraliśmy partie. To był dla nas przełom. I ta nazwa była symbolem odwagi, tego, że nie baliśmy się zostawić dotychczasowego brzmienia i wejść w zupełnie nowy język muzyczny.
Jak w takim razie nazywaliście się wcześniej?
PC: Początkowo funkcjonowaliśmy jako klasyczny jazzowy skład Chęcki – Zienkowski Quartet. Bez pseudonimów, bez filozofii. Potem wszystko się wywróciło: zmieniliśmy sposób grania, zaczęliśmy szukać innych wartości w muzyce. Bardziej liczył się vibe, klimat, emocja. I to zostało z nami do dziś.
Nie tylko nazwa zespołu, ale też artystyczne pseudonimy wzbudzają ciekawość.
PC: Pseudonimy pojawiły się naturalnie. Każdy z nas miał już jakieś ksywy, ale w momencie transformacji zespołu stało się to czymś więcej. Chcieliśmy na chwilę porzucić swoje ego, oderwać się od „prawdziwych nazwisk”, od tego bagażu, który niesie za sobą codzienność. Założyć w przenośni maski i stworzyć coś poza nami samymi. I właśnie ta symbolika, od nazwy zespołu po pseudonimy, spina się w jedną całość.
Trudno chyba wpisać Nene Heroine w konkretny gatunek.
PC: Od początku zależało nam na tym, żeby znaleźć własny język. Nie chcieliśmy odtwarzać ani kopiować. Szukaliśmy czegoś, co będzie tylko nasze. Do dziś pracujemy nad brzmieniem, nad środkami wyrazu, nad kompozycjami. Pielęgnujemy to, żeby ta muzyka była unikalna, szczera, wynikająca z naszej wrażliwości.
W jednym z komentarzy na YouTube jeden z Waszych odbiorców porównał Was do King Crimson.
PC: Porównanie do tak legendarnej grupy to ogromny komplement. Nigdy jednak nie inspirowaliśmy się wprost jednym konkretnym brzmieniem, ale wiadomo, że to, czego słuchamy osobno i razem, zostaje gdzieś w nas i potem przenika do muzyki. Przepuszczamy to przez siebie, przez emocje, doświadczenia. Z tego rodzi się nasz styl, który nieustannie szlifujemy.
Czwarty album pełen jest symboliki. W odcieni złota i monochromu prezentujecie cztery żywioły w maskach czterech figur geometrycznych. Skąd tyle form?
PC: Lubimy działać niedosłownie. Operować pojęciami, obrazami, które można różnie interpretować. Mamy wokół siebie wspaniałych ludzi jak choćby Patryk Hardziej, który wspiera nas w pomysłach pozamuzycznych. To zawsze jest wspólny proces: kilka głów, różne perspektywy. Gdy coś naprawdę rezonuje, gdy wszyscy czujemy, że to nasze, wtedy to przyjmujemy. Tak powstała ta cała czwórkowa symbolika.
Aż kusi by zapytać jak wyglądał proces twórczy.
PC: Kaszuby, środek lasu. Przyjacielskie miejsce, gdzie artyści często znikają na kilka dni, żeby tworzyć albo po prostu pobyć. My spędziliśmy tam naprawdę intensywny czas oparty na rozmowach, słuchaniu siebie nawzajem. Określiliśmy, co chcemy powiedzieć tą płytą. I to właśnie tam uformowały się wersje, które później stały się fundamentem albumu „4”. Tworzymy spontanicznie, a potem delikatnie to układamy, porządkujemy, aż staje się całością: piosenką, motywem, konstrukcją, która gra. Myślę, że chodzi o ucieczkę od całego zgiełku. Brak telefonu, brak powiadomień… i nagle wszystko się inaczej układa. Wspólne gotowanie, ognisko, rozmowy… Muzyka staje się wtedy czymś, co spaja całą grupę.
To tam narodził się pomysł, by jeden z utworów nazwać pseudonimem jednego z najważniejszych artystów w historii muzyki?
PC: Bowie pojawił się na płycie totalnie przypadkowo. Już nie pamiętam, kto pierwszy rzucił to skojarzenie, ale gdy tworzyliśmy ten numer, jego vibe, ta pulsująca gitara, ta melodia, od razu nam przywołała Bowiego. To był najpierw roboczy tytuł, który tak nam wszedł w krew, że został z nami na dobre.
Waszą wspólną cechą jest niepohamowana kreatywność. I maski, które u Bowiego były postawą, a w Waszej sztuce są dosłowne. Czy kreują one także Wasze alter ego podczas koncertów?
PC: Pierwszy koncert w maskach był dla nas mocnym doświadczeniem. Odwracam się, patrzę na chłopaków, a tam twarze bez emocji, nieczytelne, jednakowe. Nie możemy złapać kontaktu wzrokowego, bo otwory są naprawdę małe. To było coś zupełnie nowego. Maski, tak jak nasze alter ego, odsuwają cię jeszcze dalej od „zwykłego ja”.
W jaki sposób te maski zostały zrobione?
Sam proces tworzenia masek był fascynujący. Współpracowaliśmy z trójmiejskim artystą Zulu Kukim. Zeskanowaliśmy twarze, wydrukowaliśmy je na drukarce 3D, a potem Patryk Hardziej wpisał je w nasze symbole i ręcznie je ozłocił. W tej płycie było mnóstwo takich momentów obok samej muzyki, które dla nas były nowe i dały nam ogromną frajdę. A słuchacze i widzowie też to doceniają, bo maski dodają całemu projektowi drugą warstwę narracji.
Grasz na saksofonie. Maska Ci nie przeszkadza?
PC: Swoją maskę musiałem delikatnie przerobić, wyciąć dół, inaczej nie miałbym szans dmuchnąć w saksofon. Ale już się do nich przyzwyczailiśmy, w tym roku zagraliśmy w nich sporo koncertów. Nasze maski są integralną częścią koncertu i opowiadania historii 4D. Naprawdę zachęcam wszystkich, żeby przyszli to zobaczyć.
Co dalej z Waszym kontem na Instagramie? Trudno teraz o promocję bez social-mediów.
Wystosowaliśmy oświadczenie, w którym wyjaśniliśmy genezę nazwy. Próbowaliśmy też skontaktować się z kimkolwiek z Meta, ale bez skutku. Po dwóch tygodniach walki stwierdziliśmy, że zakładamy nowe konto. Jesteśmy w środku promocji albumu, więc każdy dzień jest dla nas istotny. Na szczęście część osób już wróciła, społeczność rośnie. Najbardziej jednak boli nas to, że przepadły nam wszystkie archiwa: posty, stories, dokumentacja koncertów od początku istnienia zespołu. Tego po prostu nie da się odtworzyć.
Dla Pantery Vox: Ewelina Marek


